niedziela, 11 lutego 2007

Chyba się minąłem z powołaniem...

Zamiast działać, robić coś, cokolwiek nie ważnym jest w tej chwili co, to ja nie robie nic tylko rozmyślam... analizuje... zastanawiam się. Wynikiem czego jest oczywiście to, że nie robie właściwie nic. A najgorzej to jest z nauką... Zamiast się uczyć do egzaminu, ja zastanawiam się czy go zdam, zastanawiam się jakie będą pytania, czy będzie trudny... analizuję jak go napisać, rozmyślam itd... Jednym słowem jedno wielkie błędne koło, w które jak człowiek wpadnie to uwierzcie mi ciężko jest wyjść ;(((

sobota, 10 lutego 2007

Chwila refleksji...

Nastała chwila refleksji... przemyśleń... kalkulacji... rozmyślań o tym co było i o tym co będzie... co się zdarzy, co mogło być inne ale jest jakie będzie... Przez ostatnie pół roku wiele się w moim życiu zmieniło, były różne decyzje, przemyślane i nie przemyślane. Były także zbyt przemyślane... Były, ale minęły, choć skutki ich będę odczuwał zapewne jeszcze przez dłuższy czas. Cieszy mnie to jednak, bo życie uczy. Każde doświadczenie jest dobre, nawet to złe, bo pozwala nam się rozwijać, zmieniać, dorastać i dojrzewać. Bez niego byli byśmy dalej dziećmi... chociaż może cząstka z nas zawsze pozostaje taka sama, to jednak my się zmieniamy. Czy na lepsze czy na gorsze czas pokaże...

piątek, 9 lutego 2007

Niczego w życiu nie żałuje...

Taaa, zawsze chciałem móc powiedzieć te słowa, jednak w moim przypadku jest dokładnie odwrotnie i chyba nic i nikt już tego nie zmieni:( Gdybym mógł cofnąć czas zmienił bym w swoim życiu tak wiele, że chyba prościej i szybciej było by stworzyć listę czego nie żałuje...


Życie jednak toczy się dalej. Jest ciężko bo jest sesja. Właściwie to są ferie, ale sesja poprawkowa tuż tuż... Ja już chyba nigdy nie będę miał ferii. W ogóle cud będzie jak tą sesje uda mi się zaliczyć... Za dużo się nazbierało zaległości, za dużo sobie odpuściłem. W zasadzie można by spojrzeć na akapit powyżej... Cóż głupi byłem, głupi jestem i głupi będę... Może czasem coś się zmienia, ale raczej w długofalowym rozpatrywaniu sprawy i tak jest źle. Więc co zrobić...


Nie wiem czemu, ale od ostatniego wpisu był w zasadzie względny spokój... przestałem o niej myśleć, tęsknić, zastanawiać się itd... Jak widać nie trwało to chyba zbyt długo, bo teraz przed sesja znów zaczynam rozmyślać... Ma to o tyle poważne skutki, że nie skupiam się na nauce, a teraz powinienem najbardziej... ehhh... ide spać boli mnie głowa, oczy i jest mi źle...

środa, 10 stycznia 2007

Ciężki tydzień...

Ostatnie dwa dni były tak zakręcone i tak wyczerpujące, że nie miałem nawet czasu pomyśleć co się dzieje. I powiem, że to było dobre. Dziś miałem dzień wolny, od nauki, pracy, od wszystkiego. I to dobre nie było. Na dodatek poranne mało przyjemne wydarzenie sprawiło, że jest mi jeszcze gorzej. Znów czuje się jak przegrany, znów czuje się gorszy. Znów myślę o *niej*... co gorsza ostatnio do niej napisałem... Krótkiego smsa, a później maila. Ona odpisała.

Czy to nie był przypadkiem błąd? Im dłużej się nie odzywaliśmy tym byłem spokojniejszy. Wiadomo tęsknota, pustka, ale to by przecież z czasem przeszło... A teraz znów wrócą stare waśnie, te same problemy i te same pretensje. Chociaż... chociaż myślę, że się zmieniłem. Pytanie tylko czy naprawdę się zmieniłem czy tylko chciałem się zmienić a będę nadal taki sam?

Poza tym, uczuć oszukać się nie da... Zmienić mogę swoje myślenie, ale nie uczucia... Co zresztą widać... gdy napiszę jej smsa nerwowo czekam aż odpisze, chociaż wiem że nie odpisze od razu tylko za parę godzin albo dopiero następnego dnia... jednak ja czekam i myślę a raczej chce wierzyć w to, że odpisze za chwilę tak jak kiedyś... kiedy odpisywała na smsy niemal od razu...
To samo jest ze statusami na gg... nerwowo patrzę co chwila jaki ma opis, i zastanawiam się co może oznaczać... Np. teraz: "Pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko...".

Nie wiem co robić, naprawdę. Myślę, że w sobotę się spotkamy, o ile nie wypadnie *jej* znowu jakieś nadzwyczajne zebranie na uczelni, jakieś kółko naukowe czy bóg wie co jeszcze... a jak się spotkamy to i tak pewnie na chwile, bo tak zawsze było, po jakiejś kłótni czy nie porozumieniu spotykaliśmy się jakby nigdy nic, na chwilę bo ściemniała że nie może teraz na dłużej, a dopiero na drugim spotkaniu rozmawialiśmy i wyjaśnialiśmy. Jak to ważna jest w życiu rozmowa między ludźmi...

niedziela, 7 stycznia 2007

Człowiek tajemnica...

Podobno obdarzenie kogoś pewną tajemnicą z zastrzeżeniem aby nikomu jej nie ujawniał jest potwornym ciężarem. Ja chyba muszę być w takim razie siłaczem. Nie są to prawda cudze tajemnice, lecz moje własne. Jest ich dużo. Dużo za dużo. Czasem są to aż nadto błache sprawy które po prostu przez przypadek rosną do rangi tajemnicy.

Bo skoro ktoś ma problemy z wyrażaniem uczuć, problemy z rozmową na temat emocji i temat własnej osoby to gdy nie powie czegoś od razu później jest problem. „Dlaczego nie powiedziałeś od razu...” itd. Tak więc wiele spraw trzeba ukryć.

Ale nie to jest chyba najgorsze. Chociaż najgorsze nie jest w zasadzie może i takie straszne. Kwestia tylko dla kogo. Bo jak dla mnie to wielce ważna tajemnica, która dla innych może się wydać głupia i może mają swoje *lepsze* tajemnice (o ile można porównywać tajemnice).

Aż chciało by się westchnąć ehhh... Czas położyć się spać, zasnąć spokojnie i czekać na nowy dzień, który może będzie lepszy? Może będzie tym dniem w którym znajdę kogoś z kim będę mógł podzielić się swoją tajemnicą...

sobota, 6 stycznia 2007

Pytania, pytania, pytania...

Zmieniam się. Z każdym dniem. Zmieniam się bo sam tego chciałem. Pytanie tylko czy te zmiany będą dobre. Czy nowe JA nie będzie gorsze. Dla mnie na pewno nie, ale czy dla innych? Czas pokaże... Czas też leczy rany... czy wyleczył już moje? Chyba zaczął, ale nie dokończył. Czy to wystarczy by się zmienić? W zasadzie jeden krok już zrobiłem, choć przez chwile to był krok naprzód to jednak okazał się krokiem do tyłu. Jakie będą następne? Czas pokaże...

piątek, 5 stycznia 2007

Umarł ostatni romantyk?

Ostatnio zastanawiałem się głęboko czy to ze mną jest coś nie tak, czy to z tym całym światem jest coś nie tak... Zastanawiałem się dlaczego ludzie się zdradzają, okłamują, oszukują. Dlaczego dwoje ludzi którzy kiedyś wyznawali sobie miłość okłamuje się nawzajem. Dlaczego mimo iż są w stałym związku myślą o innych osobach, dlaczego tęsknią za nimi, piszą smsy, spotykają się z nimi... Dlaczego w końcu, zdradzają...

Z tego wszystkiego zacząłem myśleć, że to chyba ja jestem jakiś nie dzisiejszy. Jakbym miał z 50lat a nie 22. Zamiast cieszyć się i szaleć jak moi znajomi ja chce być tylko z tą jedną jedyną. Z nią chce być, z nią chce się bawić, z nią spędzać czas, tylko ją chce darzyć uczuciem. Dlaczego inni tak nie mogą? Dlaczego dziewczyna mówi mi, że jesteśmy razem a innym mówi, że jestem jej kolegą? Dlaczego kobiety potrafią tak kłamać, że wieczorem pisze smsa że jest zmęczona i idzie spać a w rzeczywistości idzie na impreze... gdzie bawi się, poznaje nowych ludzi, poznaje (zapewne fajniejszych ode mnie) facetów, bo w końcu z nie fajniejszym chyba nie całowała by się po 10minutach znajomości... Nie to co bym był wielkim obrońcą moralności itd. Samemu zdarzało mi się całować na pierwszej randce. Ale... właśnie ale. Raz że byłem wtedy singlem a dwa to, że nie całowałem się dziś z jedną jutro z inna a pojutrze z jeszcze jakąś trzecią.

Chyba pisząc nie potrafię oddać tego o co mi chodzi. A chodzi mi w zasadzie tylko o to, czemu nie mogę znaleźć tej jednej jedynej której będę mógł zaufać, która nie będzie mnie okłamywała i za moimi plecami nie będzie flirtowała z całą resztą świata...

Piszę tą notkę chyba już z dwie godziny. Przez ten czas zdążyłem stwierdzić, że idealny świat chyba nie istnieje, i że trzeba będzie się przystosować do życia, do tej dżungli, i będę to musiał zrobić jak najszybciej bo im później tym jest to trudniejsze i większy sprawia ból i cierpienie...

czwartek, 4 stycznia 2007

Bo każda kobieta jest zła z natury

Dziś w zasadzie był luźny dzień. Właściwie to nie luźny a spokojny. Spokojny emocjonalnie. Trochę jakbym zapomniał, trochę jakbym przestał tak o *niej* myśleć. Powoli zbieram się w sobie, powróciłem nawet po części do pracy, chociaż nadal mam kosmiczne zaległości, jednak jest lepiej, bo gorzej to już chyba być nie może.

W zasadzie takim pozytywnym wrażeniem dzisiejszego dnia były dwie godziny nauki jazdy. Dwie dodatkowe, bo kurs już cały zrobiłem, ale niedługo egzamin, więc po ponad miesiącu nie jeżdżenia trzeba sobie co nieco po przypominać. Jutro też będę miał jazdy, i w piątek też. Niestety wyszło to drożej niż zakładałem, ale coraz pewniej czuję się za kółkiem i jeżeli to ułatwi mi zdanie egzaminu to lepiej wziąć te dodatkowe jazdy niż mam później podchodzić do egzaminu 10 razy.

Dwie godziny na kursie minęły niczym chwila. Trafiłem na instruktora z którym jeszcze nie jeździłem. Dogadywaliśmy się tak jakbym go znał ładnych parę lat i zamiast na kursie prawa jazdy byliśmy na piwie w pubie. Dziwne uczucie bo ostatnio nie mogę się dogadać z nikim, i generalnie kontakt z ludźmi mnie męczy, tak tutaj aż żal było wysiadać z auta.

Pod wieczór trochę mi humor opadł bo gadałem z kumplem, który widział się dziś z pewną koleżanką. Która to ma dług wobec mnie. Kumplowi miałem powiedzieć wczoraj, żeby te pieniądze dla mnie wziął od niej, jednak nie zdążyłem i teraz będę to musiał załatwić sam. Problem polega na tym, że nie mam ochoty widywać się teraz z żadnymi kobietami. A nasze spotkanie na pewno nie będzie wyglądało tak, że stykniemy się gdzieś w centrum, wezmę pieniądze i pójdę do domu. Nie będzie tak wyglądało chociażby z tego względu, że koleżanka niedługo wyjeżdża i pewnie będzie się chciała spotkać na dłużej. Niby nic, ale to jednak kobieta. Na dodatek *zła kobieta*. Choć w zasadzie nie ma ona na mnie wpływu to jednak lepiej uważać. Bo każda kobieta jest zła z natury...

środa, 3 stycznia 2007

Cofnięcie się w czasie

Zastanawiałem się dzisiaj jak by to było gdybym się cofnął w czasie np. o rok. Kiedy nie poznałem jeszcze *jej*. Zastanawiam się czy mając tą wiedze i świadomość co się później wydarzy postąpił bym inaczej. Właściwie to chodzi tu bardziej o moje uczucia. Czy zaangażował bym się równie mocno po raz drugi. Zawsze miałem z tym problem, zbyt szybkie i silne zaangażowanie w związku. Pamiętam, że po pierwszym naszym spotkaniu nie mogłem w nocy spać. Myślałem o *niej*. I to był wtedy początek mojego zauroczenia tą jedną jedyną osobą.

Z drugiej strony to musiało by być ciekawe uczucie cofnąć się w czasie, poznać ją na nowo a jednocześnie wiedzieć jaka jest i co może się wydarzyć. Pytanie tylko czy uniknął bym tych samych błędów.

Jest coś co mnie zastanawia i martwi ostatnio. Co będzie jeżeli ona nagle do mnie napisze? Zadzwoni? W zasadzie rozstaliśmy się bez słów. Ja staram się z *niej* wyleczyć, przejść do normalności. Nie wiem jednak co czuje ona. Co będzie jeśli napisze do mnie smsa? Dla niej to może być nic, od takie zwykłe przyjacielskie *hej co słychać*, a dla mnie to może być cios... Powrót wspomnień, ból i nadzieja... nadzieja, że znów możemy być razem, że da się to wszystko naprawić. Nadzieja która zrodzi się w sercu, bo umysł już dawno powiedział NIE, już dawno chciał to wszystko zakończyć, ten cały chory związek. Serce jest jednak innego zdania. Ciężko pogodzić te dwa organy które są cały czas skłócone...

Wspomnienia...

Ehhh z całego mojego zapału do pracy jaki miałem jeszcze parę godzin temu nic nie wyszło :( Postanowiłem jakoś stłamsić swoje myśli, na chwile się wyłączyć, uciec od wszystkiego i poddać się jakiejś rozrywce. Pomyślałem, że poszukam jakiś kabaretów na youtube. Poszukałem, przejrzałem kilka, nawet się uśmiechnąłem w paru momentach. Obejrzałem kilka ciekawych skeczy *Kabaretu Moralnego Niepokoju*. Grupa naprawdę świetna.

Do czego zmierzam... Natrafiłem na serie ich jakby skeczy w których opisują mecze piłkarskie z zeszłorocznych mistrzostw świata w Niemczech. Kiedy oglądałem ten skecz nagle wróciły wspomnienia...

KMN Portugalia - Holandia

(daje link bo nie wiem jak tu wkleić okienko z filmem, wywala się błąd)

Przypomniał mi się koniec czerwca, początek lipca... Chyba najlepszy czas... najwspanialsze chwile... szczęście... miłość... wróciły emocje, pojawiły się łzy, tęsknota za tym co było, co straciłem... Wróciły wspomnienia o *NIEJ*.

Cały czas zastanawiam się co zrobić aby o niej zapomnieć, żeby wrócić do normalności. Myślałem może o jakiś sportach extremalnych. Ale na to trzeba czasu, a ja ostatnio mam więcej obowiązków niż doba ma godzin.

Po sylwestrze mam ochotę na papierosy. Nigdy w życiu nie paliłem. Jedynie co biernie, na imprezach, w pubie, itd. Przeszła mi przez głowę myśl, że może w ten sposób będzie mi łatwiej opanować emocje, że to mnie uspokoi. Nie wiem czy to dobry pomysł. Przez fajki pewnie zmarnuje sobie zdrowie. Które i tak ostatnio bardzo ucierpiało przez te wszystkie stresy. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo schudłem całkiem sporo :(

Dobra do pracy podejście dziś drugie...

wtorek, 2 stycznia 2007

Zdenerwowanie, rozdrażnienie, niepokój

Wszystko się sypie. Nowy rok przyszedł, stare problemy zostały. Do tego dochodzą nowe problemy. W pracy i na uczelni. Myślałem, że bez niej będzie lepiej, łatwiej. Że w końcu przestanę myśleć o niej, o tym co robi, dlaczego nie odpisuje, dlaczego nie ma czasu, i zacznę myśleć o sobie. Dużo przez nią straciłem. Przede wszystkim nerwów i czasu. Dużo spraw zawaliłem. Przede wszystkim w pracy, ale i na uczelni też. Bywały dni i w sumie nadal bywają, że patrzę w monitor przez dobrych parę godzin i nie robię praktycznie nic. Tylko siedzę i myślę. Klikam bezwiednie myszką, otwieram nowe okna, zamykam stare i tak w kółko. Po pewnym czasie zorientuję się, że coś jest nie tak. Próbuje wrócić do pracy i dalej to samo.

Dziś był mały przełom. Nawet co nieco zrobiłem. Ale to i tak kropla w morzu zaległości jakie powstały. Wielka fala nie dokończonych spraw cały czas się powiększa, aż w pewnym momencie pewnie mnie zaleje. I pójdę razem z nią na dno. Samo dno.

Dzisiaj odczuwam dziwny niepokój. Porównywalny do tego gdy ONA nie pisała, gdy nie dawała znaku życia przez cały dzień, po to by następnego dnia rano napisać smsa w stylu *Hej, co słychać, co porabiasz itd...* Tak jakby poprzedni dzień wcale nie istniał, jakby nic się nie wydarzyło.

Zastanawia mnie tylko czemu akurat dziś odczuwam ten niepokój. W końcu od momentu naszego *rozstania* minęło 6dni. A może odczuwam ten niepokój ponieważ rozstania tak naprawdę nie było? Może jednak lepiej było się spotkać, porozmawiać, pożegnać?

Dużo pytań, za dużo jak dla mnie.

Przed wczoraj zastanawiałem się czy nie napisać do niej smsa, lub maila. Stwierdziłem jednak, że to nie ma sensu. Że wszystkie uczucia wrócą ze zdwojoną siła. Że znów przyjdzie do mnie nadzieja. A na nią niestety jestem nadal zbyt podatny. *Nadzieja matką głupców* słyszałem ten tekst milion razy.

Swoją drogą to dziwne. Nigdy nie byłem naiwny, łatwowierny. Zawsze mijało duuużo czasu zanim komuś zaufałem. Mało tego – ja nie ufam praktycznie nikomu. Dlaczego więc jej aż tak zaufałem? Dlaczego przed nią aż tak się otworzyłem? Dlaczego byłem aż tak szczery? I dlaczego ona to aż tak wykorzystała...

Słowo klucz ostatnich dni to *zła kobieta* Ktoś mnie przekonywał ostatnio, że kobiety są złe. Zresztą nie tylko ostatnio, wcześniej też. Przed nią też mnie ostrzegali. Wszyscy widzieli, że coś jest nie tak w jej zachowaniu, tylko nie ja. Ja byłem cały czas ślepy, zamroczony. Nie dawałem sobie nic wytłumaczyć. Ale to chyba normalne...

Pamiętam jak ONA zapytała kiedyś *czym jest dla Ciebie Miłość* Na to pytanie jednak nie znałem odpowiedzi i nadal nie znam. Zawsze miałem/mam problem z wyrażaniem tego co czuje, z dzieleniem się uczuciami, tymi prawdziwymi, tymi które są w środku.
Później zapytała *skąd wiesz, że kogoś kochasz* Tutaj wydawało mi się, że będzie łatwiej. Że skoro kogoś kocham to czuje to i wiem, że to jest to. Do niej jednak taka odpowiedź nie trafiała i uparcie drążyła temat, pytając *ale skąd wiesz, ale jak czujesz itd... *

Takich pytań było więcej. I to różnego typu. Jednak zawsze ciężko było mi na nie udzielić odpowiedzi. Nie potrafiłem racjonalnie powiedzieć dlaczego tak a nie inaczej. I nadal nie potrafię. Nie wiem czemu ona nie potrafiła tego zrozumieć, że uczucie wychodzi z serca. Dla niej dziwnym było to, że kocham ją a nie jakąś dziewczynę która jest od niej dużo ładniejsza, zgrabniejsza, chudsza i piękniejsza. Wydawało jej się, że za chwile powiem jej, że mi się nie podoba, że znalazłem sobie inną. *Przynajmniej tak mi się teraz wydaję, że o to jej chodziło* O co tak naprawdę chodziło nie wiem... i chyba nigdy się nie dowiem... dogadanie się z drugą osobą jest chyba najtrudniejszą sztuką na świecie. Nawet najbardziej skomplikowany język programowania nie jest tak trudny jak relacje między ludzki.

Szukam ostatnio w moim życiu rzeczy które sprawiają mi radość. Kiedyś było tego bardzo wiele. Pamiętam, że nie nudziłem się nigdy, że zawsze sobie coś znajdowałem do roboty. Gdy byłem mały praktycznie wszystkie zabawy wymyślałem ja. Byłem w ciągłym ruchu. Teraz to się zmieniło. Niewiele rzeczy/czynności/ludzi jest mnie w stanie zaskoczyć czy ucieszyć. Życie stało się szare. Coraz częściej uciekam, coraz bardziej się boje. Nie stawiam czoła wyzwaniom, nie rozwiązuje problemów lecz omijam je, lub odkładam jak najdalej w czasie. Ale one przecież powrócą. Odłożone na później wrócą do mnie i to ze zdwojoną siłą, a wtedy to dopiero będzie problem.


Zabieram się za pracę, jutro czeka mnie sporo nauki, czas ucieka między palcami, a ja go wciąż marnuje...

poniedziałek, 1 stycznia 2007

Początek roku i brak nadzieji

Już było dobrze. Tydzień przed świętami przerwa od siebie, ona tego chciała. Niby aby uregulować wszystkie swoje sprawy, zmienić wszystko, w końcu zyskać więcej czasu, więcej czasu dla nas. Przez ten czas byłem spokojny. Nie wiem czy bardziej dlatego, że wiedziałem że się spotkamy po świętach czy dlatego, że przestało mi zależeć. Teraz z perspektywy czasu (raptem parę dni, ale co tam) wiec, że to raczej ta pierwsza opcja. Spotkaliśmy się po świętach. Niby ok, ale jednak coś było nie tak. Długo nie mówiła o co chodzi, ale jednak udało mi się co nieco wydusić z niej. Okazało się, że jest kolejny problem, kolejna bariera, przeszkoda. Sam tylko nie wiem czy prawdziwa czy to kolejne kłamstwo z jej strony aby tylko zyskać na czasie, aby tylko skrócić nasze spotkania. Swoja drogą to dziwne, skoro celowo próbuje skrócić nasze spotkania (a przynajmniej wcześniej próbowała) to po co w ogóle się ze mną spotyka? Po co skoro jej nie zależy?

Ehh w zasadzie nie to miało być treścią tego wpisu, ale co tam. Próbuje w jakiś sposób wydusić z siebie te wszystkie głęboko skrywane uczucia. Nie wiem czemu to idzie tak ciężko, nie wiem czemu nie mogę nikomu zaufać, przed nikim się otworzyć. Chociaż teraz to będzie jeszcze trudniejsze. Już raz zaufałem, raz się otworzyłem. I to w pełni. Jak się okazało ona to wykorzystała. Oszukała mnie. I to nie raz. Oszukiwała mnie przez dłuższy czas. W końcu do tego się sama przyznała. Do tych wszystkich małych i większych kłamstw. Do tych wymówek, czemu nie ma teraz czasu. Czemu nie umówimy się na konkretną godzinę, tylko ona wcześniej mi da znać jak już będzie wolna. Czemu spotykamy się raz na tydzień, skoro jesteśmy *parą*.

Można by rzec – *prawie jak para*. Chociaż tutaj prawie to i tak za dużo. Bo czy nie jest to za duże określenie skoro widzę ją raz w tygodniu. Na wszelkie próby/prośby o spotkanie w tygodniu, zawsze była ta sama odpowiedź „Nie wiem jak mi się dzień ułoży”, „Przepraszam nie dam rady bo coś tam...” i tak w kółko, zawsze. A ja głupi oczywiście w to wierzyłem.

Dziwiło mnie też to czemu ukrywa fakt, że ze mną jest. Czemu nie chce by jej znajomi o nas wiedzieli. Powiedziała kiedyś, że wszyscy od niej z grupy na uczelni wiedzą, że im powiedziała, ale jednak mam poważne wątpliwości. W pewnym momencie przestałem jej ufać. A właściwie zacząłem coś podejrzewać. Bo co z tego, że miałem 100% dowody na to, że kłamie, skoro moje serce, moje uczucia nie potrafiły tego zaakceptować. Mózg wiedział, był pewny. Serce nie.

Zresztą do końca jej ufałem. Pamiętam jak dziś moment w którym dowiedziałem się prawdy. Ten szok. To zdziwienie. *pisząc te słowa mam łzy w oczach, czemu? nie wiem.*

Tak jak już wspomniałem wcześniej, nie to miało być tematem wpisu. Miałem napisać o ostatnim wydarzeniu, o wczoraj i o dziś. A w zasadzie to najbardziej o dziś. O tym, że znów odezwały się moje uczucia. Że to co próbowałem w sobie wytłumić, stłamsić od zeszłej środy znów się odezwało, znów mnie nachodzi, znów o niej myślę i znów nie będę mógł dziś zasnąć...